16 grudnia '11r.
Sieć dyskontów z czerwono-żółtym logo ląduje w coraz mniejszych miejscowościach.
Już nie musi reklamować się w telewizji, i tak nawet dzieci nucą hasło „Codziennie niskie ceny”. Po błyskawicznym zadomowieniu się we wszystkich miastach naszego regionu sieć sklepów należących do Jeronimo Martins Dystrybucja nie traci apetytu i lokuje się w mniejszych miejscowościach.
Ponieważ obecnie działa w Polsce 1750 Biedronek, a według planów inwestora w 2015 r. ma być ich 3000, należy spodziewać się dalszej ekspansji.
To chore, co się dzieje
W zeszłym tygodniu otwarto Biedronkę w Baniosze, przy ruchliwej drodze krajowej nr 79. Pan Janusz, mieszkaniec wsi, który właśnie wyszedł z marketu, nie ma wątpliwości: – Bardzo dobrze, że powstała Biedronka, bo wyeliminuje bardzo drogie sklepy. Nie tylko ja się cieszę, ale wszyscy znajomi, z którymi rozmawiam.
A jednak nie każdy podziela jego zdanie. Kiedy pytamy w położonych nieopodal od dyskontu Delikatesach o otwarcie Biedronki, wybucha żywa dyskusja. – W takiej małej miejscowości taki market w ogóle nie powinien powstać – przekonuje właścicielka sklepu. – Ja nie jestem w stanie konkurować z tak wielką siecią. Ceny, jakie oferuje mi hurtownia, są wyższe niż detaliczne w Biedronce. To chore, co się dzieje – pomstuje. I dodaje, że najbardziej boli ją to, iż uczciwie płaci podatki, podczas gdy markety są z nich zwalniane.
Kolejkowicze próbują pocieszać właścicielkę. – Po mięso do Biedronki nie pójdę, boję się – zastrzega klientka w średnim wieku. Inna kobieta dodaje, że biedronkowy cukier jest mniej słodki.
– Ja to do Biedronki poszłam z ciekawości. Ale większe zakupy robię w Auchan, bo tam jako emerytka mam zniżkę – chwali się z kolei pani Elżbieta, też z Baniochy. Jej zdaniem mniejsze sklepiki mimo wszystko przetrwają („teraz klienci odejdą, ale zaraz wrócą” – ocenia). Wierzy w to również pani Beata, która mimo ścisku była w mikołajki na otwarciu dyskontu. – Tanio jest – kwituje.
Ale nawet cena nie jest w stanie przekonać innej mieszkanki wsi, pani Małgorzaty, do mąki z marketu. – Na pierogi się nie nadaje – stwierdza. Mimo wszystko cieszy się, że będzie większa konkurencja w handlu.
W sklepie GS przy ul. Puławskiej klientów od kilku dni też jest sporo mniej. I wybrzydzają. Kiedy rozmawiamy z ekspedientką, wchodzi pan z bordowym nosem. – Ile wino? – pyta szybko. Gdy otrzymuje odpowiedź, macha ręką. – Eee, za drogo – ocenia i wychodzi.
– Mnożą się te Biedronki, normalnie szok. Już nawet w takich wsiach – zauważa sprzedawczyni. Jak jednak zdradza, czasem sama robi zakupy w dyskoncie. – Jak ktoś nie ma za dużych dochodów, to trudno, żeby omijał Biedronkę – dochodzi do wniosku. Czy obawia się, że straci pracę? – W ogóle nie jest dobrze. Biedronki nie było – też ludzie nie mieli pracy. A czy będę tu pracować, czy gdzie indziej? Po co się stresować – pyta retorycznie.
Wolę zapłacić więcej
Równie wyważony jest Jan Chrostowski ze sklepu Natalka (na szyldzie jest jeszcze „Polka”), najbliższy sąsiad Biedronki. Od kilku dni przez cały dzień patrzy przez okno, jak auta omijają jego pawilon i kierują się na parking marketu. A niekiedy znajomi pytają, czy mogą rower zostawić obok Natalki, bo boją się, że sprzed Biedronki im ukradną.
– Ci klienci, którzy do mnie przychodzą codziennie od 13 lat po świeże jajka i wędlinę, mówią, że dalej będą przychodzić. A jak nie, to się nie boję, pójdziemy stąd. W Warszawie firma ma jeszcze dwa inne punkty – wzrusza ramionami. Sam do sklepu z uśmiechniętym owadem na szyldzie nie pójdzie. – Nie byłem jeszcze w Biedronce i żadnym innym markecie i nigdy nie pójdę. Wolę zajść do mniejszego sklepiku i dwa razy więcej zapłacić – oświadcza.
Pani Barbara, która w Baniosze przeprowadza dzieci przez pasy i właśnie wróciła z Biedronki (poszła po śniadanie), kompletnie myślenia pana Jana zrozumieć nie może. – Dobrze, że zbudowali sklep bliżej, nie trzeba będzie jeździć do Góry Kalwarii. A czy w centrum Baniochy Biedronka zostanie sama? Czas pokaże – komentuje.
Piotr Chmielewski
Gazeta "Nad Wisłą"