Film Agnieszki Glińskiej kandydatem do Oskara!

Dodano: 26 września 2022; Zapraszamy do lektury wywiadu z Agnieszką Glińską, pochodzącą z Góry Kalwarii montażystką filmową, której film IO w reżyserii Jerzego Skolimowskiego jest polskim kandydatem do Oskara.

Joanna Kuźmin- Wańkowicz: Cześć Agnieszko.

Agnieszka Glińska: Cześć.

J K-W: Mówię „Cześć”, ponieważ przede wszystkim łączy nas jedno miasto pochodzenia, jeden blok, jedna klatka, a nawet mieszkanie (śmiech).

AG: Przede wszystkim łączy nas krew, nie tylko miejsce. Jesteśmy siostrami (śmiech).

J K-W: Ponieważ ten wywiad przeprowadzam dla portalu GoraKalwaria.net, chciałabym od tego zacząć. Powiedz mi proszę, jak wspominasz to miasto? Dorastanie w nim?

AG: Bardzo dobrze, choć od wczesnych lat pociągał mnie wielki świat (śmiech). Mam jednak duży sentyment do tego miejsca, czasem tu jestem, z racji odwiedzin Mamy, która nadal mieszka w Górze Kalwarii.

J K-W: Czy jakieś miejsca są ci szczególnie bliskie? Wspominasz je z sentymentem, chętnie do nich dziś wracasz?

AG: Jest ich kilka. Przede wszystkim działka i mieszkanie naszej Mamy (śmiech). Ulica Lipkowska, gdzie mieszka Pani Iza Skolimowska, moja nauczycielka plastyki. Choć nie byłam najlepsza w malowaniu, a Pani Iza była bardzo ostra w ocenach (śmiech), muszę przyznać, że była dla mnie inspiracją. To od niej zaczęła się chęć związania ze sztuką. Inne miejsca to Szkoła Podstawowa nr.1, tereny nad Wisłą, kapliczka św. Antoniego, czy dom cadyka, jak również odwiedzany każdego roku, 1 listopada, cmentarz. Lubię być tam po zmroku, kiedy światła palących się zniczy, tworzą niezwykłą atmosferę.

J K-W: A jak oceniasz zmianę tego miasta na przełomie lat? Od lat swojej młodości?

AG: Jest ogromna. Miasto się rozwija i rozbudowuje. Wygląda znacznie lepiej niż za czasów mojej młodości.

J K-W: W którym momencie życia pomyślałaś właśnie, że film to ten kierunek, z którym pragniesz związać swoją przyszłość?

AG: Chciałam studiować historię sztuki, ale na szczęście nie udało mi się dostać na Uniwersytet Warszawski (śmiech). Jedną z opcji był kierunek kulturoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim. Dostałam się, a po pierwszym semestrze, musieliśmy wybrać kierunek: teatr albo film. Mnie bardziej ciągnął teatr, ale w nocy przed podaniem decyzji, przyśnił mi się Roman Polański, który powiedział, że niezależnie od tego, co czuję i myślę, mam wybrać film. Obudziłam się i stwierdziłam, że skoro Polański pofatygował się do mojego snu, musi to coś znaczyć i... wybrałam film (śmiech). To była najlepsza decyzja. Kiedy byłam na czwartym roku, otworzyli w łódzkiej Filmówce zaoczny kierunek montażu. Nasz brat studiował tam reżyserię i raz byłam przy montażu. Poczułam, że to jest dla mnie droga. Nie teoria, na którą byłabym skazana po filmoznawstwie, tylko praktyka.

J K-W: A kiedy poczułaś, że to co robisz naprawdę ma sens? Czy to były czyjeś słowa? Pierwszy sukces filmu?

AG: Za każdym razem czuję, że to ma sens, kiedy widzę, jak film się zmienia w trakcie montażu. Jak słyszę słowa wdzięczności od reżysera, czy reżyserki. Montaż daje niezwykłe pole dla rozwoju. Można go docenić, kiedy się porówna pierwszą układkę filmu, która jest montowana zgodnie ze scenariuszem, z ostatnią, która idzie potem do kin. Czasem jest to ogromna różnica.

J K-W: Twoja praca wymaga przebywania w jednym miejscu, przez długie miesiące z tymi samymi osobami, jak również z bohaterami filmów, powtarzaniem tych samych dziesiątek ujęć, by wybrać to jedno najlepsze. Czy do tego trzeba mieć jakieś szczególne cechy charakteru, aby odnieść w nim sukces?

AG: Jestem daleka od podawania recepty na sukces. Mimo że jestem w tym zawodzie 22 lata i mam na swoim koncie kilka nagród, nie czuję, że jestem osobą sukcesu. Oczywiście jest mi bardzo miło, gdy słyszę słowa uznania, czy dostaję nagrodę, ale dla mnie każdy film jest debiutem, przed każdym czuję stres, że nie podołam, że nie dam rady... Mimo lat doświadczeń, czuję, że jestem na początku drogi.

Ten zawód z pewnością wymaga dużo cierpliwości. Oglądanie kilkunastu, a czasem kilkudziesięciu wersji tego samego filmu, dla niektórych nie jest łatwe. Wymaga cierpliwości, terapeutycznych umiejętności (śmiech), gdyż nie raz trzeba podnosić na duchu reżysera, który wątpi w jakość, tego co zrobił oraz wymaga chęci i potrzeby pomagania innym. Bo montażyści to ludzie, którzy pomagają kreować świat reżysera. Jesteśmy pierwszymi widzami i krytykami. Wybieramy, co najlepsze i odrzucamy to, co nie wyszło. Tworzymy emocje i nowe znaczenia. I jeszcze jedno: to nie jest zawód dla osób, które chcą być na świeczniku i żeby doceniano ich pracę. Mimo ogromnego kreacyjnego wkładu w film, często jest to w ogóle niezauważane. Trzeba być na to przygotowanym.

J K-W: A co Ty najbardziej lubisz podczas montowania kolejnej historii?

AG: Kreowanie nowych emocji i znaczeń. Przez różne zestawienie tych samych elementów, można uzyskać inny efekt. Najbardziej lubię ten moment zaskoczenia, kiedy powstaje coś nowego.

J K-W: Za Tobą bardzo emocjonujący weekend. Najpierw festiwal polskich filmów fabularnych w Gdyni. Opowiedz proszę jak było?

AG: Emocjonujący z dwóch powodów: tego, że film “The Silent Twins”, w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, który montowałam, otrzymał Złote Lwy, co jest, jak wiadomo, największym wyróżnieniem, jak również tego, że film “IO” w reż. Jerzego Skolimowskiego, został całkowicie pominiety przez jury, co zabolało.

J K-W: A zaraz po nim samolot na Islandię, na ceremonię wręczenia nagród Eddan, odpowiednik islandzkich Oscarów czy naszych rodzimych Orłów i … kolejny sukces, kolejna nagroda?

AG: Tak, dostąpiłam największego zaszczytu i dostałam nagrodę za najlepszy montaż filmu islandzkiego “Lamb” w reż. Valdimara Johannssonna. Było to dla nas (mnie, producentów i reżysera) sporym zaskoczeniem, bo sądziliśmy że Akademia Filmowa będzie głosowała na kogoś z Islandii, a tu miła niespodzianka. Byłam bardzo szczęśliwa.

J K-W: Dwa filmy, dwa wyróżnienia, ale na to największe wciąż jeszcze czekamy, ponieważ film, który montowałaś, w reżyserii Jerzego Skolimowskiego “IO” jest polskim kandydatem do Oscara? Ale to chyba nie pierwszy Twój film tak wysoko oceniony?

AG: Bycie kandydatem jest dużym wyróżnieniem, ale dostanie się na shortlistę, czy zdobycie Oscara, jest największym. Kilka filmów, które montowałam, były już kandydatami: “Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha, “ 11 minut” Jerzego Skolimowskiego”, “Difret” Zeresenay Mehari, “Komunia” Anny Zameckiej i “Lamb” Valdimara Johannssona. Te dwa ostatnie znalazły się na shortliście.

J K-W: Film J. Skolimowskiego “IO” jest polskim kandydatem do Oskara, jak wspominasz pracę nad tym filmem?

AG: To już kolejny raz, kiedy współpracowałam z Panem Jerzym i Ewą Piaskowską (producentką i współautorką scenariusza). Wcześniej było “11 minut”. Obdarzają mnie dużym szacunkiem i zaufaniem, dają wolną rękę, a to zawsze pomaga mi rozwinąć skrzydła. Pracuję sama nad montażem podczas zdjęć, tworząc pierwsze układki, a potem siadamy razem i udoskonalamy montaż. Energia i pasja, która ich nie opuszcza, zawsze dodają mi sił. Poza tym pracowałam nad pięknymi zdjęciami autorstwa Michała Dymka, więc nie ukrywam, że to była ogromna przyjemność. Zachwyt połączony z radością, że tworzymy coś ważnego.

J K-W: Jak oceniasz szanse “IO” na zdobycie tej wymarzonej statuetki?

AG: Szczerze? Wolę się nie skupiać na nagrodach i oczekiwaniach, bo zazwyczaj to się kończy rozczarowaniem. To przepiękny i mądry film. Uczta filmowa. Podróż, ktorą podążasz i nie wiesz, co będzie dalej. Ale Oscary to przede wszystkim reklama i marketing. Dotarcie do jak największej liczby Akademików. Nie zawsze wygrywa najlepszy film. Mam oczywiście nadzieję, że “IO” będzie zauważony. Zasługuje na to. Zasługuje na to również Jerzy Skolimowski.

J K-W: Co byś doradziła młodym ludziom, którzy swoje życie też chcieliby związać z filmem? Z montażem?

AG: Żeby podążali za swoimi marzeniami i nigdy się nie poddawali. Żeby nie rezygnowali z propozycji, bo czują, że nie są wystarczająco dobrzy.

Ja wpadłam na głęboką wodę. Dostałam pierwszą propozycję pracy asystowania, kiedy nie miałam zielonego pojęcia o programie do montażu. Musiałam go opanować w bardzo krótkim czasie. Ale podjęłam się tego i nie żałuję. Kosztowało mnie to sporo stresu i nieprzespanych nocy, ale udało się. Pochodzę z niewielkiego miasta, a podróżuję i montuję filmy obcojęzyczne. Wierzyć – to jest klucz.

J.K-W: Bardzo Ci dziękuję za ten wywiad, sama dowiedziałam się kilku nieznanych mi faktów. Myślę, że Góra Kalwaria może być naprawdę dumna. Ja jestem.

AG: Dziękuję.  

Agnieszka Glińska - urodzona 30 listopada 1975 w Warszawie.

Studiowała filmoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim oraz montaż filmowy w PWSFTViT w Łodzi.

Montażystka filmowa i członkini: Polskiego Stowarzyszenia Montażystów (PSM), Polskiej Akademii Filmowej (PAF) i Europejskiej Akademii Filmowej (EFA).

W 2015 roku otrzymała nagrodę za najlepszy montaż „11 minut” Jerzego Skolimowskiego i „Intruza” Magnusa von Horna, a w 2020 ponownie za „Sweat” Magnusa von Horna na FPFF w Gdyni. W 2016 roku otrzymała „Orły” za najlepszy montaż „11 minut”. Następnie była nominowana do „Orłów” kolejne cztery razy. W tym roku zdobyła islandzkie „Eddan Awards” za najlepszy montaż islandzkiego  filmu „Lamb” Valdimara Jóhannssona.

Filmy, które zmontowała, były nagradzane w kraju i za granicą. „IO” Jerzego Skolimowskiego zdobył w tym roku w Cannes nagrodę PRIX du Jury i jest polskim kandydatem do Oscara.

Inne filmy zmontowane: „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha, „11 minut” Jerzego Skolimowskiego, „Difret” Zeresenay Mehari były kandydatami do Oscara w kategorii „Najlepszy zagraniczny film fabularny”. Na shortliście znalazły się „Komunia” Anny Zameckiej i „Lamb” Valdimara Jóhannssona.



Dodaj swój komentarz

Imię (pseudonim):

Treść:

Komentarze (5)

Ten

Data: 26 września 2022, 20:25 Wielkie gratulacje dla Agnieszki. Niezwykła osoba z niezwykłego miasta. Trzymam kciuki za Oscara i życzę szczęścia i wielu sukcesów.

Jan Jakub

Data: 27 września 2022, 18:01 Komentarz został ukryty z powodu naruszenia zasad komentarzy.

strarzak osp

Data: 27 września 2022, 20:43 nie cztam za dlugo napisane

JM

Data: 28 września 2022, 13:46 Agnieszko nie jednego Oskara Ci życzę, całej Waszej Trójce zresztą samych sukcesów - cieszę się że Ziemia Góry Kalwarii nosi Wasze ślady, doceniam i pozdrawiam Waszych rodziców - sąsiadka z Waszej mamy z bloku i klatki dawnej Dominikanskiej 10 (obecnie Ks.Sajny 2c)

Ale heca

Data: 29 września 2022, 17:41 Komentarz został ukryty z powodu naruszenia zasad komentarzy.